– Jak to możliwe, że nigdy nie wiem, kiedy tobie śnią się koszmary? – zdumiewam się.
– Nie mam pojęcia. Chyba nie wrzeszczę, nie młócę rękami i w ogóle jestem spokojny. Po prostu budzę się zdrętwiały ze strachu.
– Powinieneś mnie budzić – zauważam i rozmyślam o tym, że w kiepską noc potrafię wyrwać Peetę ze snu dwa albo trzy razy. I o tym, ile czasu niekiedy potrzeba, żeby mnie uspokoić.
To nie jest konieczne. Moje koszmary zazwyczaj wiążą się z utratą ciebie – wyznaje. – Dochodzę do siebie, kiedy sobie uświadamiam, że jesteś przy mnie.
Uch. Peeta ma zwyczaj wygłaszać takie uwagi z zaskoczenia, a ja czuję się wtedy tak, jakbym dostała pięścią w brzuch. Tak naprawdę tylko uczciwie odpowiada mi na pytanie, nie nalega, żebym odwzajemniła się tym samym, nie oczekuje ode mnie miłosnych wyznań. Mimo to czuję się paskudnie, jakbym wykorzystywała go w okropny sposób.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz