– Co ty wyprawiasz? – pyta. – Usiłujesz sprowokować go do ataku?
– Ależ skąd. Zwyczajnie chcę, żeby zostawił mnie w spokoju.
– Nic z tego. Nie po tym, co mu zrobili w Kapitolu – oświadcza Haymitch. – Posłuchaj, nawet jeśli Coin wysłała Peetę, licząc na to, że cię zabije, chłopak o tym nie wie. Nie rozumie, co się z nim stało, dlatego nie obwiniaj go…
– Wcale go nie obwiniam! – protestuję.
– Jasne, że tak! Karzesz go raz za razem za to, nad czym nie panuje. Nie zrozum mnie źle. Moim zdaniem powinnaś mieć pod ręką nabitą broń, i to przez całą dobę, na okrągło. Ale chyba już pora, żebyś spróbowała postawić się na jego miejscu i odegrać w myślach ten krótki scenariusz. Gdybyś trafiła do kapitolińskiej niewoli i została poddana procesowi osaczania, a potem usiłowała zabić Peetę, to jak myślisz, czy traktowałby cię tak jak ty jego?
Milknę. Nie, oczywiście, że nie, wręcz przeciwnie, za wszelką cenę usiłowałby mnie uzdrowić. Na pewno nie odgradzałby się ode mnie, nie porzuciłby mnie, nie traktował wrogo na każdym kroku.
– Pamiętasz? Zawarliśmy porozumienie, ty i ja, że postaramy się uratować Peetę – zauważa Haymitch, a ja nie reaguję, więc mówi dalej: – Spróbuj sobie przypomnieć – i odkłada słuchawkę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz