,,Powracam do życia powoli, czasem tracąc całe dnie. Usiłuję przestrzegać rad doktora Aureliusa, zmuszać się do mechanicznego wykonywania zwykłych czynności, i zdumiewam się, kiedy w końcu ponownie dostrzegam sens w jednej z nich. Mówię doktorowi, że chciałabym napisać książkę, i następnym pociągiem z Kapitolu dociera do mnie duże pudło papieru pergaminowego.
Pomysł wzięłam z naszego rodzinnego zielnika, w którym uwzględnialiśmy wszystko, czego nie można było powierzyć pamięci. Strona zaczyna się od wizerunku danej osoby, najlepiej fotografii, o ile taką znajdujemy. Jeśli nie, Peeta rysuje odpowiedni szkic albo maluje obraz. Następnie, jak najstaranniejszym charakterem pisma przedstawiam wszystkie szczegóły, które w żadnym razie nie powinny odejść w zapomnienie. Dama liże Prim po policzku. Tata się śmieje. Ojciec Peety z ciastkami. Kolor oczu Finnicka. Co Cinna umiał zrobić ze sztuką jedwabiu. Boggs przeprogramowuje holo. Rue wspina się na palce i lekko rozkłada ręce jak ptak wzbijający się do lotu. I tak dalej. Przypieczętowujemy stronice kroplami słonej wody i obietnicami dobrego życia, żeby ich śmierć nie poszła na marne. Haymitch w końcu do nas dołącza i dorzuca trybutów z dwudziestu trzech lat, czyli wszystkich, którym musiał służyć jako mentor. Dodatki stają się coraz krótsze. Pojawia się stare wspomnienie, które nagle przychodzi komuś do głowy, albo dawna prymulka, zachowana między kartkami. Dziwne okruchy szczęścia, takie jak zdjęcie nowo narodzonego syna Finnicka i Annie.
Na nowo uczymy się, co robić, żeby mieć jakieś zajęcie. Peeta piecze, ja poluję. Haymitch pije tak długo, aż kończy się alkohol, a potem opiekuje się gęsiami aż do przyjazdu następnego pociągu. Na szczęście gęsi całkiem nieźle dają sobie radę bez niczyjej pomocy. Nie jesteśmy sami. Kilkaset innych osób wraca, bo tutaj jest nasz dom, bez względu na to, co się stało. Kopalnie są nieczynne, więc ludzie orzą popiół aż do gleby i uprawiają rolę. Maszyny z Kapitolu szykują grunt pod nową fabrykę, w której będziemy produkować lekarstwa. Choć na Łące nikt niczego nie sieje, ponownie pokrywa się zielenią.
Zrastamy się na nowo, ja i Peeta, choć momentami on chwyta się oparcia krzesła i czeka, aż ustąpią przebłyski wspomnień, a ja niekiedy budzę się z wrzaskiem, bo śnią mi się koszmary ze zmiechami i zaginionymi dziećmi. Ale jego ręce są w pobliżu, gotowe mnie ukoić. W końcu uspokajają mnie także jego usta. Nocą, gdy znowu czuję głód, taki sam jak ten na plaży, wiem, że i tak by do tego doszło. To, czego potrzebuję do przeżycia, to nie ogień Gale`a, podsycany wściekłością i nienawiścią. Mam w sobie wystarczająco dużo żaru. Potrzeba mi wiosennego mniszka, jaskrawożółtego kwiatu, który symbolizuje odrodzenie i nie oznacza zniszczenia. Oczekuję zapowiedzi, że życie będzie toczyć się dalej, bez względu na to, jak poważne ponieśliśmy straty. Chcę wiedzieć, że znowu może być dobrze, a tylko Peeta może mi to ofiarować.
Więc kiedy szepcze:
- Kochasz mnie. Prawda czy fałsz?
Odpowiadam:
- Prawda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz